okleina na moim ciele

okleina na moim ciele

życie

życie z którym nie mogę się rozbić

odkleić chcę od siebie

ciało

od niego

od cieżkich

od uderzających

ratalnych spadów

arytmii dzwona

uderzenia

rozwścieczona

rozwścieczony

światem i jego klejącym się światłem

stroboskop głowy

dźwięki ze stron

co zrobić bo ich nie chcę

oklejony ruchliwością

trzymający za normę

w mordę wkłada zdania

świat

spotkania z klejem

normatywne głosy na wysokości

rozsądek regułami trzeszczy

żeby odejść od tego

odjechać i odkleić

zło złego od siebie samego

w bagażniku

odpuszczam

opuszczam

to miasto

to ciało

jedno i to samo

ja już nie potrzebuje

już mruga do mnie

już mruga do mnie

pas ledowych

lodowych

lamp

bankomat

pusty

jak pusty ja

bez zmian w tym temacie

świeci chamsko

a nic nie mam

nic nie wyjmę

nie wyłuskam

w systemie obecnym

stukam butami

obcas

krawężnik

kamień

tańczyłbym w deszczu gdybym pogodę miał w sobie

ale pustka

pusto we mnie

nie chodzi o to że czegoś nie mogę

a jeżeli o to

huczę pustym płucem

gwiżdżę głosem księżycowym

o nowym

o starym

mrugającym do mnie pasie

ledowych

lodowych lamp

światła które mam zgaszone są

po wyciągniętej karcie

z pustym hukiem

upadnę

typowe miasto

typowe jest

miasto

miasto

zaczernione

kartoteki na śmietnikach

znalezione

kilka z nich znam

kilka z nich biorę

miasto

o mnie nie czyta

ja czytam o nim

w rubryce kryminał

w rubryce szaleniec

zakropiony w oczach ropniak

jakieś tam mienie

niejedno morderstwo

niejedno wykroczenie

miasto

nie powie za siebie

nie napisze o sobie

dowiem się sam

miasto

wchodzę

w tempie kół powolnych

paraliż sięga silny

strach

na karku brudny wzrok

dziad

miasto

mroczne samochody terenowe

mroczne ulice

komenda rejonowa

pod drzwiami okradli mnie kiedyś

widzę czerń odsuniętą od biedy

za czarnymi szybami

czerń

czerń

wspina się po nocy

mamrocze coś pod nosem

nie rozumiem

snuję się

lekarstwo

lekarstwo

może masz

lekarstwo na moje zaparcia

zapieram się

odpieram kontakt

człowieczy

złorzeczy

bredzi

nienawidzę mówić

z kimś

z człowiekiem

jego kwasem żołądkowym

z tym co wypluje

wypowie

wyleje

rośliny zgniją które podleje

słabo znosisz

ja nie znoszę

nie znoszę każdego

podobnego

na podobieństwo jego

twoje też

nieznośne towarzystwo

przezwisko

nazwisko

idiotyczny głos

z taśmy też źle wychodzi

kiedy cię słucham

już nie słucham

bo kończę

jest po rozmowie

nie

nienawidzę człowieka

nie wstydzę się mówić

bo oficjalnie szukam

lekarstwa na zaparcia

hamulce w środku

obrzęki

otarcia

kiedy podchodzisz

odchodzisz od razu

goń siebie graczu

uczę się

bez ciebie

grać na scenie

powiedzieć to więcej razy niż sto

sto jeden

luźny gracz

odbite wnętrzności

oko z makijażem

płomienie

zmartwienie i nie

czarne usta moje

bo chory jestem

zaparcia

moje chorobliwe otarcia o człowieka

gdy chciałem być graczem

luźnym graczem

latawcem

odleciałem w balonie

nadąłem się i olałem

wylałem człowieka z kąpielą

woda nienawiści

zachłyśnij

zły

zaparty do ludzi będę

okna blokowisk

okna blokowisk

nowych blokowisk terytoria

okna patrzące

okna obserwujące

gapie gapią się z góry

na mnie jak pukam

dzwonię

szukam

dzwonię domofonem

obcy totalnie

obcy

tu tonę

kto ty

kim jesteś

kim jestem

wiem

tu nie wiem

potem oblany

skaczę przez bramy

płoty

bramy

do pilotów piloty

telewizyjne anteny

internetowe talerze

nieprzyjaźń

nieprzyjaźń

ją czuję

w nią wierzę

nie wiem gdzie wyjście jest

nie wiem gdzie samochód mój

stój

nie bój się

mylę się

te same alejki

naklejki na twarzach ludzi których mijam

zmywaj

zmywaj się

tak to odbieram

bo boję się

jestem sam

wszystko takie samo

ulice od nazwisk

ludzi umarłych

nie wiem gdzie

nie wiem kto jest

między blokami

wzrok oczami strachu

kieruje się na mnie

i zamyka się

na cztery zamki

zanim usta zamknie

zamknie drzwi ognioodporne

bramy

szlabany

kostka brukowa

ona pod butami pyka

człowiek nieprzyjazny

człowiek nieznany

cztery ściany

metaliczne dźwięki

za śmietnikami huczy wiatr

kręcą upiorne dźwięki

okna blokowisk patrzą

ja patrze

w pustkę duchowego odludzia

15

tak wyglądam

tak wygląda

ostatni dzień roku

w moim portfelu

kilka rzeczy

dosłownych faktów minimalnego życia

bilet czysty

negatyw naświetlony wczorajszym wieczorem

dokument wpłaty niewiadomego pochodzenia

trzy daty spóźnionego odbioru wygranej na szczęśliwym losie

obraz najbliższej osoby

karta z pustego rękawa

papier i drobne żelastwo o umownej wartości

tak wygląda

tak wyglądam

na przełomie daty

ostatniego dnia roku

RAZ NA KILKA CHWIL

raz na kilka chwil

raz na kilka dni

wypadam z drogi

żeby rozbić się

odświeżyć nałogi

nie zbierać się

hamulce odpiąć od nóg

skłamać do życia

skłamać do siebie

nie odbić się w szybach

zatruć rozum swój

powiedzieć nic

nie stać

nie spać

nie widzieć

zaślepić siebie

rozczarować innych

raz na jakiś czas

wypaść z drogi

żeby rozbić się

TYLE LUDZI

tyle ludzi

przedziałów

wdechów i oddechów

powietrze

tyle tlenów

płuc zepsutych

twarzą w twarz

twarzą w

uśmiechem wprost

ustami bliżej

myślami dalej

rozmowy

żyjące oczy

wpatrzeni w siebie

w szybach kominy

czerwone światła

skóra przeżyta

pod spodem

nic prostego

zaszyty porządek

najkrótszej drogi

niedoskonałości

niedoskonałości

tęsknię za wami

za paprochami w oczach

na papierze starym

pożółkła starość

jeszcze z wczoraj ją pamiętam

mam to przed sobą

schowałem

przynoszę

kartki niedoskonałości

z czymś o sobie

bez techniki krystalicznie odwzorowanej

bez połączeń cyfrowych

bez dzielenia się publicznie

niedoskonałości z szuflady

wyblakłe kolory

nieidealny świat

taki jaki miał być

tak

płaszczyzny

płaszczyzny

zapis organizmu

ruchów wody

ciała

tafli odbicia

grzyw spienionych

nurtów ciepłych

nurtów zimnych

zdarzeń wielopoziomowych

brzeg

wyjście

piasek

liście

drzewa

płaszczyzny poziomów

ruch powietrza

zderzenie mas

deszcz

grad

promienie słońca są zbyt nudne żeby dawać im więcej miejsca

skóra człowieka

dusza i myśli

na poziomach natury

podobieństw szukać wiele