pety

pety

liście

kamyki

kapsle

kamienie

na chodniku

nocą

i ich cienie

podświetlone światłami skrętnych reflektorów

samochodów ślad

rozjechane

rozdeptywane

turlane

kopnięte

nie przeze mnie

chociaż też

u czubków moich butów

i pod nimi

zwykle omijam

oglądam

podziwiam

pety

liście

kamyki

gdy w prostej linii idę

wyjątkowe

patrzę z kontenera

patrzę z kontenera
na ulicę o dwóch zerach
okna pełne zasłon
grubych
ciemnych
nie przepuszczających nic
żadne światło z zewnątrz
szpary wewnątrz
światła szczeliny
ćmy
komary
przy szczycie okna
z zewnątrz
zaglądam
z kontenera przy ulicy
wyzerowanej z ludzi
nocnej
niemej
chcącej wycisnąć coś ludzkiego
patrze
wiesz że patrzę
mój wzrok szeleści
i stale wieje
ruchome zasłony
wcielają się w ciebie
wyobrażam
wyobrażam rzeczy których nie ma
dlatego zaglądam
szeleszczącym gadam wzrokiem
zaglądając z kontenera
o pustym nastroju
głodnym nastroju okiem

zestaw sklepowy

zestaw sklepowy
plecami do żony
w ciągu piekielnego dnia
jak spłynie to z ciebie
bez twojej zgody
bo zagoniłeś
bo nie przeznaczyłeś nic
zarost
brwi
kaszel niemrawy
wyjście bez zakupów
chodnik do starości
zero
zaczynałeś
kończysz
etapy w koszu
w ciemnozielonym okryciu
takim się wydajesz

na skrzyżowaniu

na skrzyżowaniu

zasypiam

odpływam

olśniewam

nie

olśniewa mnie

tak

biała satyna

nic nie mam na myśli

chociaż pochodzi z głębi

żółtej

mrugającej pustej lampy

bo szarość na mnie

niedoświetlona

szarość we mnie

ze mnie

spływa

na skrzyżowaniu

nie mając nic na myśli

odpływam

odpływam

LUDZIE PRACY

udzie

ludzie pracy

zmarszczki

czerwone spodnie

bo dwie pary

buty wygodne

stare

przetarte

okulary odbijające własne oczy

własne kroki

własne chodniki

obłoki w kałużach

dosyć

dosyć

uciec na chwilę

chwilę na te myśli

albo inne

albo wcale

chwile już giną

idę

idą

plecaki

torby

płaszcze

o której będę

coś zjem

zasnę

o której będziesz

osiemnasta

osiemnasta godzina zmęczenia tym wszystkim

pociągiem podmiejskim

nieczystym

tym samym jak zwykle

serce na miejscu

serce u siebie

ja widzę

w swetrze

w szalu ciemnym

wzruszasz

nawet o tym nie wiesz

jestem

jesteś

ludzie pracy

powtarzający się realizm

noc

noc

druga noc

druga w nocy

biedoty

brzydoty portret

smutnego pacjenta

kolejka po zdrowie

w głowie boli

noc

noc

nieszczęśliwa

niezdumiona

skorupa ucieleśnienia materialnego trupa

nagrane głosy maszynowych nie

nie

nie

odsuń się

popularne w pudle

jadący przeciętniak

biedak

gazetowe DNA

pętla

bo noc

długa

druga w nocy

biedoty

smutnego pacjenta portret

zwierzenie sennego kogoś

trzy razy powiedź

ponoś tę głowę

na sobie

nie będziesz chcieć

odepchniesz to od siebie

plamy na rękach

plamy na rękach

zapachy

ludzie

usta

otwory

zęby

przebarwienia

skóra

materiał

chodnikowe zmiany

żylaste ekrany

w oczach projekcje

płynące światła

szumiąc zderzamy

miejskie spotkanie

zawartość ludzka

usta

najważniejsza masa

na torcie świata

na niskim piętrze

w randze nisko

emocjonalny zbiór

przelany słowami od czasu

mijane

potrącone ramiona

zaczepia się

utkana głębia miasta

kupa żelastwa

kupa żelastwa

szumiąca na kołach

opony bez szumnie przesuwają się na przód

sto metrów

na dwieście

na trzysta

kilometrów

mil

odległości pochłoniętych gardłem

płucami

pożartych

w żelaznej

blaszanej puszce z kołami

na przód

między pasami

ponad nimi

nieznanym celem

z nieznanym celem

z przyjacielem w formie wzroku

dalej

dalej

latami

zmianami roku

w aurze oddalonej od znanej mi

kupa żelastwa

poruszam się

szumiąc na kołach

bezszumnie przemieszczając się w miejscu

okleina na moim ciele

okleina na moim ciele

życie

życie z którym nie mogę się rozbić

odkleić chcę od siebie

ciało

od niego

od cieżkich

od uderzających

ratalnych spadów

arytmii dzwona

uderzenia

rozwścieczona

rozwścieczony

światem i jego klejącym się światłem

stroboskop głowy

dźwięki ze stron

co zrobić bo ich nie chcę

oklejony ruchliwością

trzymający za normę

w mordę wkłada zdania

świat

spotkania z klejem

normatywne głosy na wysokości

rozsądek regułami trzeszczy

żeby odejść od tego

odjechać i odkleić

zło złego od siebie samego

w bagażniku

odpuszczam

opuszczam

to miasto

to ciało

jedno i to samo

ja już nie potrzebuje

już mruga do mnie

już mruga do mnie

pas ledowych

lodowych

lamp

bankomat

pusty

jak pusty ja

bez zmian w tym temacie

świeci chamsko

a nic nie mam

nic nie wyjmę

nie wyłuskam

w systemie obecnym

stukam butami

obcas

krawężnik

kamień

tańczyłbym w deszczu gdybym pogodę miał w sobie

ale pustka

pusto we mnie

nie chodzi o to że czegoś nie mogę

a jeżeli o to

huczę pustym płucem

gwiżdżę głosem księżycowym

o nowym

o starym

mrugającym do mnie pasie

ledowych

lodowych lamp

światła które mam zgaszone są

po wyciągniętej karcie

z pustym hukiem

upadnę