okna blokowisk

okna blokowisk

nowych blokowisk terytoria

okna patrzące

okna obserwujące

gapie gapią się z góry

na mnie jak pukam

dzwonię

szukam

dzwonię domofonem

obcy totalnie

obcy

tu tonę

kto ty

kim jesteś

kim jestem

wiem

tu nie wiem

potem oblany

skaczę przez bramy

płoty

bramy

do pilotów piloty

telewizyjne anteny

internetowe talerze

nieprzyjaźń

nieprzyjaźń

ją czuję

w nią wierzę

nie wiem gdzie wyjście jest

nie wiem gdzie samochód mój

stój

nie bój się

mylę się

te same alejki

naklejki na twarzach ludzi których mijam

zmywaj

zmywaj się

tak to odbieram

bo boję się

jestem sam

wszystko takie samo

ulice od nazwisk

ludzi umarłych

nie wiem gdzie

nie wiem kto jest

między blokami

wzrok oczami strachu

kieruje się na mnie

i zamyka się

na cztery zamki

zanim usta zamknie

zamknie drzwi ognioodporne

bramy

szlabany

kostka brukowa

ona pod butami pyka

człowiek nieprzyjazny

człowiek nieznany

cztery ściany

metaliczne dźwięki

za śmietnikami huczy wiatr

kręcą upiorne dźwięki

okna blokowisk patrzą

ja patrze

w pustkę duchowego odludzia

15

tak wyglądam

tak wygląda

ostatni dzień roku

w moim portfelu

kilka rzeczy

dosłownych faktów minimalnego życia

bilet czysty

negatyw naświetlony wczorajszym wieczorem

dokument wpłaty niewiadomego pochodzenia

trzy daty spóźnionego odbioru wygranej na szczęśliwym losie

obraz najbliższej osoby

karta z pustego rękawa

papier i drobne żelastwo o umownej wartości

tak wygląda

tak wyglądam

na przełomie daty

ostatniego dnia roku

RAZ NA KILKA CHWIL

raz na kilka chwil

raz na kilka dni

wypadam z drogi

żeby rozbić się

odświeżyć nałogi

nie zbierać się

hamulce odpiąć od nóg

skłamać do życia

skłamać do siebie

nie odbić się w szybach

zatruć rozum swój

powiedzieć nic

nie stać

nie spać

nie widzieć

zaślepić siebie

rozczarować innych

raz na jakiś czas

wypaść z drogi

żeby rozbić się

TYLE LUDZI

tyle ludzi

przedziałów

wdechów i oddechów

powietrze

tyle tlenów

płuc zepsutych

twarzą w twarz

twarzą w

uśmiechem wprost

ustami bliżej

myślami dalej

rozmowy

żyjące oczy

wpatrzeni w siebie

w szybach kominy

czerwone światła

skóra przeżyta

pod spodem

nic prostego

zaszyty porządek

najkrótszej drogi

niedoskonałości

niedoskonałości

tęsknię za wami

za paprochami w oczach

na papierze starym

pożółkła starość

jeszcze z wczoraj ją pamiętam

mam to przed sobą

schowałem

przynoszę

kartki niedoskonałości

z czymś o sobie

bez techniki krystalicznie odwzorowanej

bez połączeń cyfrowych

bez dzielenia się publicznie

niedoskonałości z szuflady

wyblakłe kolory

nieidealny świat

taki jaki miał być

tak

płaszczyzny

płaszczyzny

zapis organizmu

ruchów wody

ciała

tafli odbicia

grzyw spienionych

nurtów ciepłych

nurtów zimnych

zdarzeń wielopoziomowych

brzeg

wyjście

piasek

liście

drzewa

płaszczyzny poziomów

ruch powietrza

zderzenie mas

deszcz

grad

promienie słońca są zbyt nudne żeby dawać im więcej miejsca

skóra człowieka

dusza i myśli

na poziomach natury

podobieństw szukać wiele

LUDZIE

ludzie

ciągle ludzie

jak litery drobnym makiem spisane w moim notesie

powyginane

mówiące

punkty

slupy

skupiska

myśli

emocje

nastroje

chmury cielesnych

chmury duchowych

ludzi

widzę zanim się obudzę

śnię też

ludzi

nie pamiętam twarzy

CIENIE

cienie

półcienie

w okularach ciemnych

gdy siedzisz

jedziesz ze mną w innym kierunku

nie

nie mówisz ustami

oczy tylko

zaciemnione

niewidoczne dla ciebie cokolwiek

bez ramienia które białe

bez uszu wysłuchujących lepiej niż ktokolwiek

w stałym napięciu

podróżujesz z Schubertem

z jego drugim koncertem

a cienie

twoje oczy

jaśnieją

cudownym słuchem

SZAROŚĆ

szarość

spłynęła szarość

dzisiaj z nieba

pada szarość

oblała mnie

jestem szary

blady

na mapie miast szarych

podobnych do siebie

ludzi w tym świecie

idących korytarzem

hektolitry szarej

odbitej w oknach twarzy

spodni i butów

przemokniętych ludzi

przemokły

moje pierwowzory siebie

LICZNIKU

liczniku

dniu

znowu jesteś

na kalendarzu tego samego co znam

masowo produkujesz masę powtarzalności i betonowych realiów

nie mam czym rozkruszyć

nie mam czym powstrzymać

piszę

tak samo jak ty wlepiasz mi przed oczy betonowy dzień

tak samo ja wlepiam nieporadny tekst

ciepła pościel na ciało ciepłe

realia dzwonią z samego rana

dzwonie nie chcą żebym spał

turlam się jak masa rytualnego chłodu

kanapki z naskórkiem powolnego wytarcia

dzieci sąsiadów

zmywarka i pranie

skrawki tego na co patrzę

śpiewając samotnie